PROSIMY O IGNOROWANIE POJAWIAJĄCYCH SIĘ REKLAM PONIŻEJ -NIE SĄ ONE TREŚCIĄ NASZEGO SERWISU!
   
  Soli Deo Gloria
  Dusza moja pragnie Boga
 

„Dusza moja pragnie Boga, Boga żywego” (Ps 42, 3)

Takele Kebede

Urodziłem się w wiosce Woshi, w prowincji Keffa w Etiopii. Byłem drugim z sześciorga rodzeństwa. Mój starszy brat niedługo po narodzeniu się zmarł, a moja młodsza siostra zmarła na zapalenie płuc, kiedy byłem już w Polsce. Rodzice nazwali mnie Takele, co znaczy: „dodatek, dodatkowy”. Dzieciństwo spędziłem na wsi pomagając w domu, na polu, bawiąc się z rówieśnikami a później ucząc się w szkole podstawowej. Kiedy podrosłem w kraju nastąpiła rewolucja, usunięto od władzy Cesarza Hajle Sellasje l, a miejsce po nim zajął Derg (komitet), na czele którego stał Mengystu Hajle Mariam. W stolicy studenci walczyli, lała się krew, natomiast na wsi ludzie żyli starym rytmem wypasając bydło i uprawiając rolę. Jednak po kilku latach odczuliśmy skutki rewolucji: w niewyjaśnionych okolicznościach ginęli młodzi ludzie, pojawiali się żandarmi agitujący do partii, byliśmy zmuszani do uczestniczenia na wiecach na cześć nowego rządu i komunizmu.
W tym to czasie zaczęto prześladować chrześcijan, widziałem nie raz jak na targu palono Biblie. Dla wierzących nastał trudny czas, zaś dobrze wiodło się tym, którzy mieli „czerwoną legitymację”- o której ja sam marzyłem. Pamiętam młodego człowieka, który przyjechał do naszej wioski, aby dzielić się dobrą nowiną o zbawieniu. Nie pamiętam jego imienia, ale pamiętam z jaką miłością opowiadał nam o Panu Jezusie, śpiewał przepiękne pieśni i zachęcał byśmy poszli za Panem. Wtedy śmialiśmy się z niego, mówiliśmy, że Boga nie ma, bo tak nas nauczono w szkołach i na spotkaniach dla młodzieży. Doskonale znałem dzieła Lenina, Marksa i Engelsa i ich zasługi. Razem z innymi krzyczałem: „Etiopia Tykdem"- (Etiopia przede wszystkim), ale niestety nie znałem Słowa Bożego. W głębi serca często rozmyślałem o tamtym koledze, tak „zakochanym w Jezusie" i wspominałem te niezapomniane pieśni. W tym trudnym czasie, gdy pozamykano kościoły a pastorów uwięziono, wierzący nadal się spotykali, aby razem uwielbiać Pana. Były to „śpiewane" nabożeństwa nad rzeką, gdzie bracia zamiast mówić śpiewali kazania, a siostry w tym czasie prały ubrania. Kiedy w 1991 r. ogłoszono wolność religijną, nikt nie spodziewał się, że po tak wielkich prześladowaniach w Etiopii są jeszcze ewangelicznie wierzący.

Ostatecznie liczba zborów była większa niż przed reżimem komunistycznym. Kolejne spotkanie z wierzącymi pamiętam z dzieciństwa, gdy wraz z mamą poszliśmy odwiedzić naszą rodzinę. Droga była daleka, musieliśmy pokonać kilkanaście kilometrów i kilka godzin przez dżunglę by dotrzeć na miejsce. Wioska była podobna do naszej, ludzie z tego samego plemienia, co my, ale nasi krewni wzbudzili moje zainteresowanie swoim zachowaniem. Dużo mówili o Panu Bogu, a kiedy podano kawę i kolację wszyscy głośno dziękowali Bogu za Jego dary. Wyznawcy Ortodoksyjnego Kościoła Etiopskiego też modlą się przed posiłkami, ale ich modlitwa jest formułką wymawianą z pamięci. Tutaj wszyscy byli zaangażowani w modlitwę.
Później poszliśmy do innej chaty i uczestniczyliśmy w nabożeństwie. W Etiopii prawie wszyscy starsi ludzie są analfabetami, każdy o tym wie i nie jest to niczym nowym, więc kolejny raz byłem poruszony, kiedy zobaczyłem starszego człowieka z łatwością czytającego Biblię...? To spotkanie też zapadło w mojej pamięci... Etiopia to kraj chrześcijański, ja także czułem się chrześcijaninem, chociaż rzadko bywałem w Kościele. To moje „wierzenie" polegało na zapychaniu brzucha przysmakami podczas świąt Timket (chrzest Pański) i Meskel (swięto krzyża) oraz innych tradycyjnych świąt. Moja mama i sąsiadki często, niektóre nawet regularnie odwiedzały „widzącego"(czarnoksiężnika), w domach odprawiano gusła, Dzieciom przywieszano amulety na szyjach mające chronić je od" złego", a tuż po pierwszych zbiorach wszyscy zbieraliśmy się pod drzewem poza wsią i tam składaliśmy pierwociny duchom przodków .
Wszystko to było dla mnie normalne, bo od zawsze czary były częścią naszej kultury. Przez pewien czas w naszej wiosce mieszkali misjonarze ze Szwecji. Wybudowali piękne budynki, pomagali nam materialnie, założyli też szpital w którym miałem okazję się leczyć ale nie pamiętam, by ktoś z wioski się nawrócił. Swoją młodość spędziłem w wojsku, do którego wstąpiłem mając 16 lat. Potrzebni byli żołnierze na front w Asmarze (dzisiejsza stolica Erytrei), gdzie mnie skierowano z innymi kolegami z całego kraju. W wojsku szczęśliwie skończyłem Liceum Ogólnokształcące, a następnie 2,5 letni Kurs Analityki Chemicznej oraz Studium Medyczne.
Przez cały pobyt w wojsku Bóg czuwał nade mną. Moi koledzy ginęli na wojnie, niektórzy zostali na trwale okaleczeni, mnie Bóg przeprowadził przez to „piekło" bez jakiegokolwiek nawet zranienia. Z Bożej łaski zostałem zakwalifikowany na wyjazd na studia do Europy (blok wschodni). Warunkiem wyjazdu były dobre oceny na świadectwie maturalnym, ale aby dostać się na listę studentów często dobrze było mieć znajomości, których ja niestety nie miałem.
Wiem, że Bóg ujął się wtedy za mną i mimo wielu trudności udało mi się wyjechać. Byłem jednym z nielicznych przedstawicieli etiopskiej młodzieży studiującej w Polsce, wywodzących się z rolniczej rodziny. Pierwszy rok w Polsce spędziłem w Lublinie ucząc się polskiego w Studium Języka Polskiego. Zaprzyjaźniłem się z grupą młodzieży i razem z nimi spędziłem wakacje na katolickim obozie „Oaza". Tam zacząłem szukać Pana. Dużo czasu spędzaliśmy na modlitwie, ciekawych rozmowach i czytaniu Biblii.
Po wyjeździe na Śląsk nadal uczęszczałem na msze do Kościoła Katolickiego, ale nie znalazłem w nim swojego miejsca. Kilka lat później z własnej inicjatywy nawiązałem bliski kontakt ze Świadkami Jehowy. Przez kilka lat utrzymywałem z nimi znajomość, ale nie zgadzałem się z ich nauką. Miałem takie wewnętrzne pragnienie i potrzebę poznania Jezusa, jako osobistego Zbawiciela i Pana, zaś Świadkowie karmili mnie fałszywą nauką i swoją filozofią życia. Na ostatnim roku studiów medycznych, w natłoku nauki i przemęczeniu, przed ostatnimi egzaminami, gdzieś na przełomie kwietnia/maja odwiedził nas (mieszkałem z Sisayem- przyjacielem z kraju) pewien człowiek, który przedstawił się jako znajomy naszego rodaka z Wrocławia. Opowiadał nam o zborach chrześcijan zielonoświątkowych, o wierzących z różnych części świata. Rozmawialiśmy o Bogu i Biblii a na koniec bardzo serdecznie nas zaprosił na nabożeństwo. Wtedy naprawdę nie było nam na rękę jakiekolwiek wyjście, ponieważ chcieliśmy się uczyć, aby dobrze zdać egzaminy. Grzecznie podziękowaliśmy za zaproszenie, ale nie skorzystaliśmy. Po kolejnych kilku wizytach tego niestrudzonego ewangelisty (teraz jest moim szwagrem - brat Edward Michalczyk), aby sprawić mu przyjemność i dla świętego spokoju, zgodziliśmy się pójść na nabożeństwo.
Po tylu latach znajomości ze Świadkami byliśmy nieufni i uprzedzeni do innych wyznań biorąc zbór za sektę. Zanim nabożeństwo dobiegło końca, ja i Sisay zrozumieliśmy, że to czego szukaliśmy jest właśnie tutaj - w zborze . Po nabożeństwie ciężko nam było się rozstać. Nasze prawdziwie chrześcijańskie życie zaczęło się 20 maja 1993 roku i trwa do dzisiaj. Bóg przekonał nas, że droga na którą weszliśmy doprowadzi nas do Jego Królestwa. Tak bardzo wzbranialiśmy się przed tym spotkaniem, myśleliśmy o powrocie do kraju, a zamiast tego otrzymaliśmy szansę na życie wieczne. To był wspaniały czas dla nas i naszych przyjaciół z akademika. Wielu studentów usłyszało dobrą nowinę o zbawieniu, niektórzy z nich regularnie przychodzili na nabożeństwa, później wyjechali do swoich krajów i nie mamy już z nimi kontaktu.
Mam nadzieję, że to ziarno Bożego Słowa wyda kiedyś owoc w ich życiu. Wśród tych, którzy przychodzili do zboru był Laotańczyk Sinh Sihanouvong, który oddał swe życie Bogu, a zaraz po nim jego rodak Aing Mitnalath, który także przyjął Jezusa do swojego serca. W sierpniu przystąpiliśmy do chrztu wodnego i staliśmy się częścią Kościoła Bożego. Przez tyle lat szukałem Boga, chciałem Go lepiej poznać. Po tylu nieudanych próbach i zawiedzionych nadziejach byłem zrezygnowany, czując się oszukanym przez „pseudochrześcijan" i właśnie wtedy On mnie znalazł i pociągnął ku sobie. Choć ja się poddałem i zrezygnowałem z poszukiwań Pana, ale On nie zrezygnował ze mnie .
Chwała Mu za To!!! On dał mi więcej, niż prosiłem, zaspokoił moje potrzeby nie tylko duchowe, ale i cielesne. Dał mi się poznać, obdarował mnie rodziną świętych, a także rodziną cielesną. Bóg spełnił moje marzenia - moją tęsknotę za krajem ukoił dając mi nadzieję na Niebiańską Ojczyznę. Moją rodzinę w dalekiej Etiopii zastąpił żoną i trójką dzieci. Dał mi wielu przyjaciół - rodzinę w Jezusie Chrystusie. W 2003 roku mogłem po raz pierwszy z żoną odwiedzić Etiopię.

Dobry Bóg pozwolił mi się zobaczyć z moją mamą po 24 latach rozłąki. Teraz mam z mamą i swoim rodzeństwem dobry kontakt i bliższe relacje (tata zmarł tuż przed moim wyjazdem na studia). Ogromnie się cieszę, że mój młodszy brat Bogale przyjął Pana Jezusa i wraz z żoną i dziećmi nawrócili się. Moim pragnieniem jest pomagać ubogim w moim kraju, głosić im Jezusa, prowadzić ich do Niego, bo On nadaje sens życiu i uwalnia od trosk, chorób i cierpienia. Modlę się ze swoją rodziną za Etiopią, za zborami, za tymi, którzy idą za Panem, żeby zawsze Mu ufali i wierzyli, tak jak wyznaje Dawid: Wierzę nawet wtedy, gdy mówię: Jestem bardzo utrapiony (Ps 116, 10). Idąc za Panem mogę powtórzyć po Psalmiście: Ja wprawdzie jestem ubogi i biedny, ale Pan myśli o mnie. Ty jesteś pomocą moją i wybawieniem moim. Boże mój nie zwlekaj! (Ps 40, 18). Bóg mnie wyrwał z fizycznej i duchowej biedy, nigdy o mnie nie zapomniał. Ja wiem, jaką On jest dla mnie pomocą i wybawieniem.
Chwała Mu za wszystko!

artykuł zaczerpnięty z chrześcijańskiego pisma DPŻ


 
  Copyright:chcesz skopiować skontaktuj się z autorem  
 
=> Chcesz darmową stronę ? Kliknij tutaj! <=