PROSIMY O IGNOROWANIE POJAWIAJĄCYCH SIĘ REKLAM PONIŻEJ -NIE SĄ ONE TREŚCIĄ NASZEGO SERWISU!
   
  Soli Deo Gloria
  Borys Filipczuk- zmartwychwstanie
 

"PAN  BÓG WSKRZESIŁ MNIE Z MARTWYCH"
-niezwykłe świadectwo przeżycia własnej śmierci.

uwaga! prezentowane video jest w języku rosyjskim- nie zawiera polskiej ścieżki audio.


Wywiad z Borysem Pilipczukiem, oficerem sił Ministerstwa Spraw Wewnętrznych Ukrainy, który zmarł i został wskrzeszony z martwych.

(Rozmowę przeprowadziła Ljubow Wasilenko, „Słowo Wiary” w r. 2000)


LW: Przedstawiam wam Borysa Pilipczuka.
Borys, proszę powiedzieć na początek kilka słów o sobie.

BP: Jestem oficerem, nadporucznikiem milicji. Pracowałem jako dyżurny operacyjny w jednym z posterunków terenowych milicji w okręgu Chmielnickim. Przeszedłem przez wojnę w Afganistanie. Urodziłem się w roku 1963, jestem żonaty, mamy z żoną trójkę dzieci. Mieszkamy we wsi Nowaja Siniawka w powiecie Starosiniawskim okręgu Chmielnickiego.

LW: Borys, wiem, że jesteś teraz człowiekiem wierzącym. Jak spotkałeś się z Bogiem?

BP: Byłem człowiekiem niewierzącym, a nawet powiedziałbym, że byłem wojującym ateistą, podczas gdy moja żona i jej rodzice byli wierzący. Żona zawsze chciała, aby Bóg mnie zbawił i dał mi życie wieczne. Pewnego razu, a było to 16 września roku 1996, pastor Kościoła Pełnej Ewangelii z miasta Mariupola Nikolai Iwaszczenko był z wizytą w naszej wiosce u swoich krewnych. Moja żona poprosiła go, by porozmawiał ze mną, ale uprzedziła go, że ma być w rozmowie ze mną delikatnym. Wtedy byłem może nie aż agresywnym, ale w niektórych przypadkach niepohamowanym i grubiańskim. Rzadko otwierałem się przed kimkolwiek. Od dzieciństwa przygotowywałem się do służby oficerskiej, a moja szorstkość, być może, pochodziła z okresu służby w wojsku. Otóż kiedy pastor Nikolaj zjawił się u mnie, we mnie na jego widok zaraz zrodziła się myśl: „No, teraz ja cię urządzę…”. Kiedy jednak podszedł do mnie, nie rozumiem, co się ze mną stało… Nikolaj poklepał mnie przyjaźnie po plecach i coś opowiedział. Teraz nie pamiętam już co, ale nigdy dotychczas nie słyszałem słów bardziej przekonujących. Byłem przyzwyczajony do wydawania i przyjmowania rozkazów i do wykonywania ich bez zastanowienia, natomiast pod wpływem słów Nikolaja we mnie coś się odwróciło. Odczułem przypływ takiego pokoju i uciszenia w moim sercu, jakiego nie zaznałem od dzieciństwa. I wtedy pastor Nikolaj zaproponował: „A teraz pomodlimy się. Powtarzaj za mną…” — i on poprowadził mnie w modlitwie upamiętania. Od razu zstąpiła na mnie moc Boża i Pan ochrzcił mnie Duchem Świętym. Od tego czasu oddałem się służbie dla Pana.

LW: A jak przyjęło tę zmianę w tobie twoje otoczenie?

BP: Początkowo wystąpiła przeciwko mnie moja matka, ponieważ była jeszcze bez Boga. Potem zaczęły się sprzeciwy w pracy. Grożono mi zwolnieniem i złożeniem na mnie skargi, usiłowano skłonić mnie do odejścia od Boga, ale ja wcale się nie wahałem ani nie niepokoiłem się. Wcześniej, być może, byłbym w rozterce. Złożyć szlify oficerskie z powodu jakiegoś nieporozumienia byłoby dla mnie niedorzeczne. Ale Słowo Boże mówi nam: kiedy poprowadzą was przed sąd, nie troszczcie się, co będziecie mówić, bo Ja będę mówił za was. Dlatego nie martwiąc się o swoje stanowisko powiedziałem: „Wy nic mi nie możecie zrobić, bo ze mną jest Pan.” I moi zwierzchnicy pogodzili się z tym. Natomiast współpracownicy nie tylko pogodzili się, lecz i sami z przyjemnością słuchali opowiadań, które w czasie wolnym od zajęć starałem im się przekazywać. Wszystkim opowiadam o Panu, aby chociaż jedną duszę doprowadzić do zbawienia. Nie będę mówił o tym, jakie ciemne sprawy były wcześniej w moim życiu. Wszystko to Pan mi przebaczył. Dziękuję i uwielbiam za to naszego Pana. Człowiekowi, który szczerze pokutuje, Pan przebacza wszystkie grzechy.

LW: Jesteś wojskowym i jednocześnie wierzącym w Boga… To trochę niezwykłe. Czy ludzie uważają to za normalne? BP: Pan jest jeden dla wszystkich, także i dla wojskowych. Wszystkich kocha jednakowo. Nieraz zadawano mi pytanie: „Jak ty, wojskowy, noszący broń, możesz służyć Bogu?” Otóż Słowo Boże uczy nas, jak możemy służyć Bogu. Kiedy Jan Chrzciciel chrzcił ludzi w Jordanie, przyszli do niego także żołnierze i zapytali: „A co my mamy czynić?” On odpowiedział im na to, że powinni zadowolić się żołdem, nie szemrać i nie robić rzeczy niedozwolonych. Nigdzie w Piśmie Świętym nie jest napisane, że żołnierz nie powinien służyć Bogu. Przeciwnie, z Pisma Świętego wiemy, że dwóch setników upamiętało się i zarówno oni, jak i cały ich dom służyli Panu Jezusowi Chrystusowi. Każdy człowiek wierzący odpowiedzialny jest przed Bogiem za swoją konkretną służbę.

LW: Borys, widzę, że cieszysz się doskonałym zdrowiem. Czy przed twoimi przeżyciami także byłeś w takiej kondycji? BP: Tak. Tego rodzaju służba wymaga doskonałego zdrowia. Okresowo przechodzimy przez rygorystyczne badania wojskowych komisji lekarskich.

LW: Opowiedz, proszę, co z tobą się stało?

BP: Pan wskrzesił mnie z martwych! W dniu 27 lipca 1998 wróciłem z pracy do domu do swojej wioski. Wtedy coś się ze mną stało. Co właściwie, tego nie mogę powiedzieć, ale zostałem całkowicie sparaliżowany i straciłem przytomność. Według relacji żony, kiedy straciłem przytomność, przewieziono mnie do szpitala. Tam stwierdzono: wylew. Byłem tam kilka dni nieprzytomny. W tym stanie przewieziono mnie na oddział reanimacji do Chmielnickiej Kliniki Okręgowej. Tam lekarze dalej walczyli o moje życie. Jednak postępujący wylew nie pozwolił im uratować mnie i dnia 1 sierpnia 1998 zmarłem.

LW: Jak rozległy był twój wylew?

BP: Jak później się dowiedziałem, lekarze ustalili, że objął 95 procent mojego mózgu. Wszystkie przyrządy i sondy, podłączone do mojego ciała, sygnalizowały śmierć. W orzeczeniu lekarskim lekarze wymienili rozległy wylew i jeszcze około dziesięciu innych faktów diagnostycznych, potwierdzających śmierć. Śmierć stwierdzona przez lekarzy

LW: Czy lekarze po stwierdzeniu twojej śmierci zaraz powiadomili twoją żonę?

BP: Tak, i nie tylko ją samą. Otóż moi współpracownicy dzwonili do szpitala co 15 – 20 minut, dowiadując się ciągle o stanie mojego zdrowia. Powiedziano im, że ich kolega już nie żyje. Umarł. W pracy zaczęli więc zbierać pieniądze na pogrzeb, zamówili już dla mnie grób, wieńce i wszystko pozostałe, niezbędne w tej ceremonii. Krótko mówiąc, przygotowywali mi pogrzeb. Wydaje mi się, że nagły zgon takiego faceta, tryskającego zdrowiem, oficera milicji, był wydarzeniem numer jeden i poruszył wiele osób. Świadczyły o tym bezustanne telefony do szpitala od licznych moich współpracowników.

LW: Czy w chwili twojej śmierci żona była przy tobie?

BP: Tak, ale na sam oddział reanimacji jej nie wpuszczano. Żona powiedziała mi później, że bez przerwy modliła się do Boga o moje uratowanie, a w czasie, kiedy lekarze toczyli zaciętą walkę o moje życie, żona zadzwoniła do pastora Nikolaja w mieście Mariupol. Opowiedziała mu, co stało się ze mną, i prosiła o modlitwę. On pocieszał żonę i powiedział, że w Mariupolu przebiega właśnie wielotysięczny festiwal chrześcijański i że wszyscy będą modlić się o Borysa. Tak też się stało. W czasie modlitwy Bóg przemówił do Nikolaja, że sytuacja ta nie jest na śmierć, lecz na chwałę Bożą. A tymczasem w szpitalu miał miejsce dalszy przebieg wydarzeń… Lekarze powiadomili żonę o mojej śmierci i po trzech godzinach pozwolili jej towarzyszyć mojemu ciału, przewożonemu na wózku szpitalnym do prosektorium.

LW: Dowiedziałam się, że lekarzy obowiązuje przepis, którego nigdy nikomu nie wolno naruszyć w żadnej instytucji medycznej. Przepis ten mówi, że człowiek, znajdujący się w oddziale reanimacyjnym, u którego stwierdzona została śmierć biologiczna, musi pozostawać tam jeszcze co najmniej przez dwie godziny i dopiero potem może zostać przetransportowany do prosektorium. Literatura medyczna o możliwości powrotu do życia.

LW: Aby zrozumieć obraz kliniczny tego, co zaszło, zwróciłam się po informacje do literatury medycznej. Oto co napisano w encyklopedii:
„Wylew — zakłócenie krwioobiegu w mózgu głowy, powodujące martwicę tkanki mózgowej.” („Kratkaja medicinskaja encyklopedija”, Wydawnictwo „Sowietskaja encyklopedija” 1974, tom 1, str. 506). „Ożywienie organizmu (reanimacja) — przywrócenie gwałtownie naruszonych lub utraconych życiowo ważnych funkcji organizmu. Śmierć kliniczna stanowi ostatnią odwracalną fazę umierania organizmu od momentu przerwania oddechu i krążenia krwi do początku pojawienia się w ośrodkowym układzie nerwowym nieodwracalnych zmian, kiedy to śmierć staje się już śmiercią biologiczną. Długość śmierci klinicznej człowieka zależy od przyczyny rozwoju stanu terminalnego, długości umierania, wieku itd. W zwyczajnych warunkach temperaturowych śmierć kliniczna trwa 4 – 6 minut, po upływie których przywrócenie działania ośrodkowego układu nerwowego jest niemożliwe.” I dalej: „Czynności reanimacyjne należy podjąć natychmiast po stwierdzeniu objawów śmierci klinicznej, a jeszcze lepiej — nie dopuszczając do całkowitego ustania oddechu i czynności serca. Jeśli czynność serca nie zostaje wznowiona, czynności reanimacyjne należy prowadzić do skutku. Oznaki skuteczności: ustąpienie sinicy, pojawianie się spontanicznych wdechów (im wcześniej wystąpią, tym lepsza prognoza), obecne tętno na głównych naczyniach krwionośnych zgodne z rytmem masażu, zwężenie źrenic. Jeśli oznak takich brak w przeciągu 20 – 25 minut, reanimację można przerwać.” (tom 2, str. 270– 271). Wiadomo, że po stwierdzeniu śmierci klinicznej Borysa lekarze przez 30 minut walczyli o jego życie, a po stwierdzeniu śmierci biologicznej upłynęły jeszcze nie mniej niż dwie godziny, w ciągu których znajdował się nadal na oddziale reanimacji. Oznacza to, że procesy nieodwracalne i śmierć tkanki mózgowej nastąpiły już dawno, skoro na ożywienie po śmierci klinicznej pozostaje tylko 4 – 6 minut. W danym przypadku człowiek nie może więc już być „bardziej martwy”.
Śmierć Borysa została stwierdzona przez lekarzy i potwierdzona przez przyrządy, podłączone do jego ciała. Widziałem niebo, rozmawiałem z Bogiem

LW: A teraz, Borys, opowiedz o swoich doznaniach. Co widziałeś?

BP: Po wewnętrznym jakby popchnięciu w ciele poczułem się przytomny i zacząłem widzieć swoimi oczami to, co było wokoło. Zacząłem widzieć wszystko jakby z góry. To moja dusza wyszła i patrzyła na moje ciało. Wokoło byli lekarze w białych kitlach, a do mojego ciała podłączonych było wiele urządzeń. Lekarze starali się doprowadzić mnie do normalnego stanu, biegali, uwijali się, wprowadzali wszystkie możliwe preparaty, ale nic nie działało. Zacząłem oddalać się od Ziemi. Ona ciągle malała i wreszcie widziałem ją bardzo, bardzo małą, a potem zniknęła zupełnie. Mojemu ruchowi towarzyszył ciągły gwizd w uszach. Następnie znalazłem się w niezwykłym miejscu, które było tak jasne, że poczułem się bardzo dobrze. Nie wiem, jak to widzenie czy doznanie wyrazić słowami, ale chciałbym, abyście wyobrazili sobie to, co pokazał mi Bóg. Zobaczyłem złote schody, które jaśniały od promieni Bożej chwały. Schody były bardzo szerokie.
Po obu stronach były złote poręcze, wzdłuż których od dołu do góry stali skrzydlaci aniołowie w białych lnianych ubiorach z złotymi pasami. Ich włosy były białe, twarze lśniące jak tęcza, a oczy jak dwie lampki. Twarze mieli ludzkie. Ich nogi i ręce miały kolor błyszczącej miedzi. Wyglądem zewnętrznym aniołowie byli podobni do ludzi. Wokoło schodów i pod nimi stało ogromne mnóstwo aniołów bez skrzydeł. Wszyscy aniołowie śpiewali psalm. Co ciekawe, aczkolwiek nie wiem, w jakim śpiewali języku, dobrze rozumiałem ich słowa. Oni śpiewali: „Godzien jesteś, Panie, wszelkiej chwały i czci. Ty, Panie, stworzyłeś niebo i ziemię. Godzien jesteś tej chwały!” Na końcu tych schodów zobaczyłem niezwykłe światło. Nie takie, jak światło słońca lub aparatu do spawania, które drażni wzrok, lecz bardzo jasne, ale przy tym miękkie, wydające z siebie ciepło, uciszenie, radość i pokój. Wypełniło mnie to takim zachwytem, że nie da się tego przekazać.
Ten zachwyt ciągle wzrastał i moja radość była bez granic. A potem z miejsca, gdzie było to prześliczne światło, usłyszałem głos: „Synu Mój, podejdź do Mnie, a Ja coś ci pokażę. Udzielę ci pomocy.” Z ogromnej liczby aniołów wystąpili dwaj i stanęli obok mnie nieco z tyłu. Jeden stał po lewej stronie, drugi po prawej, w odległości na pół ciała ode mnie. Nie odwracałem głowy, nie oglądałem się do tyłu, ale miałem takie odczucie, że mój wzrok obejmuje całe 360 stopni pola widzenia. Nie odczuwałem żadnego niepokoju ani dyskomfortu. Byłem absolutnie spokojny i tak radosny, że po prostu nie sposób przekazać tego słowami ani wtedy, ani teraz. Nikogo nie pytałem, gdzie jestem, co ze mną się dzieje, ani co będzie dalej. Miałem całkowitą pewność siebie i uczucie, że znajduję się właśnie w miejscu, z którego pochodzę. Czułem się, jak gdybym mieszkał tam na stałe. I oto Duch Święty przeniósł mnie na wielką polanę, po której biegały prześliczne białe konie, a w pośrodku polany stało ogromne, ogromne miasto w kształcie sześcianu. Zacząłem zbliżać się do niego. To zbliżanie się nie było takim, jak chód człowieka po ziemi. Przemieszczałem się nie dotykając nogami gruntu, było to jak gdyby unoszenie czy ślizganie się.
Aniołowie towarzyszyli mi. Im bliżej byłem tego miasta, tym większy był mój zachwyt tym, co widziałem. Wysokie, bardzo wysokie mury miasta były jaśniejące i różnobarwne. W sumie było 12 kolorów. One błyszczały i mieniły się w blasku światła. Widziałem fundament miasta, który zbudowany był z 12 kamieni szlachetnych. Widziałem też perłowe bramy, po trzy z każdej strony. Perły bram były bardzo wielkie. Nie mierzyłem ich, ale oceniam, że każda perła miała ponad dwa metry. Widziałem tylko dwie strony miasta i 6 bram, ponieważ Pan prowadził mnie do tego miasta pod kątem. Kiedy wchodziłem przez bramę do miasta, zobaczyłem dwa napisy. Jeden nad bramą, a drugi pod nią. Nad bramą było imię jednego z potomków Izraela, a u dołu imię apostoła. Niestety nie wiem, przez którą bramę Pan prowadził mnie do Nowego Jeruzalem, aczkolwiek bardzo chciałbym teraz to wiedzieć. Kiedy wszedłem do miasta, zamarłem z podziwu: miasto było całe ze złota. Złoto było tak czyste, że jeszcze nigdy nie widziałem takiego blasku. Wcześniej widywałem błyszczące nowe wyroby jubilerskie w sklepach, ale to nie jest niczym w porównaniu z tym, co widziałem w tej chwili. Złote ulice, złote domy, złote drzwi — wszystko ze złota, przezroczystego jak szkło. Nie mogłem sobie wyobrazić, jak złoto, twardy metal, może być przezroczyste. A teraz zobaczyłem to i zapragnąłem tego dotknąć. Dotykałem ścian, wchodziłem do niektórych domów, przypatrywałem się wszystkiemu i zdumiewałem się nad tym, co widziałem. Potem poszedłem w stronę centrum miasta i zobaczyłem tam niezbyt szeroką rzekę, nad którą rosło wielkie drzewo.
Jego korzenie były po obu stronach rzeki i splatały się z sobą łukiem, tworząc pień drzewa. Gałęzie drzewa nachylały się ku ziemi po obu stronach rzeki. Wisiały na nich owoce, przypominające śliczne dojrzałe gruszki koloru żółtego z odcieniem różowym. Były wielkości mniej więcej litrowego słoika. Liście drzewa koloru sytej zieleni, można powiedzieć szmaragdowego koloru, kształtem przypominały liście lipy, z małymi ząbkami po brzegach, lecz bardzo duże, jak liście łopianu. Zobaczywszy to bajkowe piękno, zapragnąłem wziąć jeden z owoców tego drzewa. Wyciągnąłem rękę i ze zdumieniem zobaczyłem, że moja ręka nie jest zwyczajna, lecz jakby przezroczysta. Kiedy byłem już gotowy zerwać owoc, anioł, który był tuż za mną po prawej stronie, wyciągnął rękę i zagrodził mi dostęp do owocu. Gestem palca pokazał, że zrywać na razie nie należy. Stało się coś dla mnie nieoczekiwanego: Nie rozgoryczył mnie ten zakaz i odszedłem od drzewa bez żalu. Wyobraźcie sobie, znajdować się w takim miejscu i nie skosztować ani nawet nie dotknąć tego pożądanego owocu?!… Mogło wywołać to we mnie uczucie zawodu, ale tak się nie stało. W ogóle w mieście tym ani razu nie doświadczyłem żadnej przykrości.
Co jeszcze ciekawe, w mieście tym nie widziałem żadnych cieni, ani od drzewa, ani od domów. Tam wcale nie ma nigdzie cieni ani też żadnych punktów oświetlenia. Nie widziałem ani słońca, ani żadnych świateł, ale było tam światło niezwykle jasne i tak przyjemne, że mój zachwyt nie miał granic. Kiedy zobaczyłem centrum tego promieniowania, pochyliłem głowę i poczułem nieodparte pragnienie uklęknięcia. Anioł jednak podtrzymał mnie, a ja usłyszałem głos: „Synu Mój, to, co ci pokazałem, na razie wystarczy. Powinieneś teraz powrócić, aby ogłosić Moją chwałę, moc i potęgę, aby przekazać to, co zobaczyłeś i usłyszałeś.” Zrozumiałem, że mówi do mnie Pan i zacząłem Go prosić, aby pozostawił mnie tam, gdzie byłem. Prosiłem: „Panie, nie chcę wracać!” Pan powiedział jednak do mnie: „Masz żonę i trójkę dzieci. Powinieneś wrócić do nich, bo dla ciebie nie nadszedł jeszcze czas, aby być tutaj.” Wtedy modliłem się ponownie: „Panie, nie chcę wracać. Pozwól mi pozostać przy sobie!” Ale Pan powiedział mi: „Synu Mój, bądź posłuszny i opanowany, nie szemraj, lecz wracaj z powrotem. Powinieneś rozgłosić Moją chwałę.”

Panika wśród personelu szpitala

W mgnieniu oka przebyłem w przestrzeni taką odległość, że zobaczyłem Ziemię. Zbliżywszy się i znajdując się jakby w górze, zobaczyłem następujący obraz: Na noszach, umieszczonych na wózku szpitalnym, pracownicy szpitala wieźli ciało, przykryte prześcieradłem, spod którego widać było nogi człowieka. Kiedy zobaczyłem moją zapłakaną żonę, która szła obok wózka, zrozumiałem, że to wiozą mnie. Jeden z pracowników uspokajał ją, mówiąc do niej, aby tak się nie zamartwiała i usiłując nie wpuścić jej do pomieszczenia, do którego zawozili ciało. W tym pomieszczeniu na stołach leżeli ludzie, przy czym niektórzy z nich byli pocięci. Zrozumiałem, że przywieźli mnie do prosektorium. Właśnie zamknęli przed moją żoną dwuskrzydłowe drzwi, podczas gdy wózek z ciałem był już w sali sekcyjnej.
Sanitariusz, który przedtem uspokajał żonę, i pielęgniarka, zaczęli oddalać się. Kiedy zobaczyłem to wszystko, poczułem pchnięcie z klaśnięciem i szybko opuściłem się do swojego ciała.
Tutaj poczułem jakby podmuch wiatru, ogromną siłę, która wyrwała drzwi prosektorium. Dwuczęściowe drzwi zostały wyrwane z zawiasów i upadły płasko na podłogę, a wózek z ciałem został wypchnięty z pomieszczenia prosektorium. Potem górna część mojego ciała podniosła się na wózku, zaś prześcieradło zsunęło się. Sanitariusz, opierający się o ścianę, upadł na podłogę, pielęgniarka także. Oboje leżeli na wpół przytomni. Przyszła jeszcze jedna pielęgniarka i zobaczywszy mnie siedzącego, zemdlała.
Ta sama nadnaturalna siła postawiła wózek, na którym siedziałem, w pozycji pionowej, tak że znalazłem się stojąc na nogach. Wózek opadł w tył i potoczył się z powrotem do prosektorium. Chciałem iść, ale nie mogłem. Miałem takie uczucie, jakbym nie był w swoim ciele. Ono nie było mi posłuszne. Wtedy zacząłem modlić się, ponieważ moje myśli były całkiem sprawne. Wszystko widziałem, wszystko słyszałem, ale głosy były jakieś takie obce, rozwlekłe. Było to takie uczucie, jak gdyby ktoś puszczał taśmę w magnetofonie na zmniejszonej prędkości.

Zacząłem wołać do Pana i prosić Go, aby dał mi siłę do chodzenia. Kiedy skończyłem modlitwę, poczułem potężny przypływ energii. Miałem takie odczucie, jak gdyby włosy oddzieliły mi się od głowy, a tysiące igiełek dotykało mojej czaszki. Otrzymałem taki przypływ siły, że wydawało mi się, jak gdyby moje nogi wtopiły się w podłogę.
Poczułem ciepło i ogromną siłę od głowy do stóp, po czym pod kierownictwem Ducha Świętego zacząłem iść w kierunku pokoju lekarzy, w którym zgromadzeni lekarze naradzali się. Żona padła na kolana i dziękowała Bogu za to, że mnie wskrzesił, a kiedy się opamiętała, chwyciła prześcieradło i pobiegła za mną, aby przykryć moją nagość. Po drodze pracownicy szpitala widząc mnie, uciekali z krzykiem. Niektórzy upadali, inni zamykali się w pokojach. Żona dogoniła mnie przed pokojem lekarzy i narzuciła na mnie prześcieradło. Podszedłem i lekkim pociągnięciem ręki otworzyłem drzwi pokoju lekarskiego. Później dowiedziałem się, że lekarze zamknęli pokój na klucz i wewnątrz zabarykadowali się, przysuwając szafę do drzwi. Drzwi jednak mogłem otworzyć całkiem lekko, bo otwierała je moc Boża. Kiedy wszedłem do pokoju lekarzy, niektóre osoby z personelu lekarskiego zemdlały, a pozostali stłoczyli się w najdalszym kącie i krzyczeli: „Kim jesteś? Czego od nas chcesz? Zostaw nas w spokoju!” Ja uspokajałem ich: „Nie bójcie się, dajcie mi tylko odzież.” Widząc na ich twarzach zastygły strach, nieopisane przerażenie, zrozumiałem, że nie należy wyjaśniać tym biednym, wystraszonym lekarzom mojego wskrzeszenia. Nie miałoby to sensu. Cokolwiek bym im nie powiedział, oni i tak nie słuchaliby tego i nie zarejestrowaliby żadnych moich słów. Byli w stanie słyszeć tylko gwałtowne bicie swoich serc. Powtórzyłem więc: „Dajcie mi odzież i pójdę do domu.” Lekarze pozwolili mi szybko stamtąd odejść, ponieważ moja obecność napełniała ich przerażeniem. Kiedy wyszedłem z dyżurki lekarzy, postałem przez chwilę na korytarzu. I co ciekawe, kiedy zacząłem iść, pierwsze cztery moje kroki pozostawiły na podłodze ślady jakby wody, aczkolwiek byłem całkiem suchy i prześcieradło na mnie także. Nie wiem, co to takiego, ale tak było. Ubrałem się. Żona zadzwoniła przez telefon, przysłali nam samochód i pojechaliśmy do domu.

LW: Wiesz, Borys, rozumiem tę panikę i szok lekarzy na twój widok. To, co widzieli, było całkowicie sprzeczne zarówno z tym, czego ich uczono w instytucie, jak i z tym, co znali ze swojej praktyki medycznej. Zrozumiałe, że to nie śmierć ich wystraszyła, bo z nią stykają się codziennie. To twój powrót do życia tak trudno było ogarnąć ludzkim rozumem. Nikt nie wie tak dobrze, jak właśnie oni, że zakrzepła krew w zamkniętym wnętrzu czaszki nie ma się gdzie podziać, zwłaszcza przy tak rozległym, 95 % jej wylewie. Nie mogło być żadnej pomyłki. Po daremnej walce orzekli twoją śmierć. Wszystkie przyrządy potwierdzały słuszność takiego orzeczenia. Znajdowałeś się w ich pobliżu martwy jeszcze przez co najmniej 2,5 godziny, po czym odwieźli cię do prosektorium. Nieodwracalne procesy w ośrodkowym układzie nerwowym dawno już nastąpiły. I to wszystko. Koniec…
I tu nagle zmarły nie tylko odetchnął, lecz przyszedł na swoich nogach i w dodatku rozmawia jeszcze z nimi normalnie. Oni nie byli przygotowani na taki cud. Na dodatek, twojemu wskrzeszeniu towarzyszyła taka moc Ducha Świętego, że w prosektorium zostały wyrwane z czterech zawiasów podwoje drzwi wejściowych i upadły płasko na podłogę. Wózek został wypchnięty, przewrócony i wtoczony z powrotem do kostnicy. I to wszystko w obecności pracowników szpitala. Wiadomość o tobie wyprzedziła twoje nadejście. Lekarze zdążyli już zamknąć się na klucz w swoim pokoju i zabarykadować się od wewnątrz. A mimo tego mocą Ducha Świętego drzwi tego pomieszczenia otworzyły się z łatwością, co było dla nich również niepojęte. Dlatego ogarnął ich zabobonny strach. Biedny rozum ludzki nie był w stanie pomieścić w sobie tego wszystkiego… Oszołomienie współpracowników

LW: Borys, przerwaliśmy na tym, że pojechałeś do domu samochodem. Co było dalej?

BP: Jechałem do domu w pełnym zdrowiu na przednim siedzeniu samochodu. Po drodze mijaliśmy posterunek kontroli drogowej (GAI), gdzie dyżurował milicjant, z którym pracowaliśmy w jednym zespole. Kiedy mnie zobaczył, zachwiały mu się nogi i upadł na ziemię. Żona poradziła mi: „Wysiądź i powiedz mu, że wszystko jest w porządku i że żyjesz.” Ja odpowiedziałem jej: „Nie zrobię tego, bo się boję, że on mógłby umrzeć.” Nasz kierowca miał jakąś sprawę do załatwienia w swojej bazie terenowej. Nie zajęło mu to wiele czasu, a kiedy jechaliśmy dalej i zbliżyliśmy się do wsi, zobaczyliśmy tego samego milicjanta. Na swojej służbowej „niwie” jakąś okrężną drogą wyprzedził nas i stał na drodze, aby jeszcze raz upewnić się, że naprawdę byłem to ja i że nic mu się nie pomieszało. Zobaczywszy mnie zdjął czapkę, wytarł pot, wzruszył ramionami i pojechał w stronę terenowej komendy milicji. Po powrocie do domu dosłownie w ciągu pół godziny zjechali się u mnie przełożeni, chcący przekonać się, czy ja rzeczywiście żyję, czy też może ten milicjant, którego spotkaliśmy, postradał zmysły. Kiedy wyszedłem, aby ich przywitać, w przestrachu zaczęli się cofać, jak gdyby zobaczyli jakąś zjawę. Poprosiłem ich, aby usiedli i zacząłem opowiadać im o moim wskrzeszeniu. Przytakiwali, ale ich twarze były tak wystraszone, że to, co im mówiłem, nie tylko nie przekonywało ich, ale nawet do nich nie docierało. Starali się jak najszybciej pojechać, aby nie być w mojej obecności. Kiedy następnego dnia poszedłem do pracy, naczelnik nie pozwolił mi przystąpić do zwykłych czynności i powiedział: — Nie mogę pozwolić ci pracować, ponieważ po wylewie i innych wtórnych schorzeniach, które stwierdzili u ciebie lekarze, należy ci się w najlepszym razie pierwsza grupa inwalidzka. Nie mówiąc już o twojej śmierci i zagadkowym wskrzeszeniu… — A czy ty wierzysz swoim oczom? — zapytałem. — Wierzę — odpowiedział. — Czy słyszysz mnie? — Słyszę. — Widzisz mnie? — Widzę — odpowiedział. — No to uszczypnij mnie, bo może słabo mnie widzisz. Jestem tak samo zdrowy, jak i ty — powiedziałem. — To niemożliwe — odparł. Wniosek końcowy komisji lekarskiej

LW: A co mówili lekarze?

BP: Przez dwa i pół miesiąca byłem poddawany badaniom przez 15 różnych komisji lekarskich, które rozstrzygały zagadnienie, czy nadaję się do dalszego pełnienia służby. Lekarze usiłowali udowodnić, że muszą być jakieś następstwa przebytej choroby, że nie mogło wszystko ustąpić tak bez śladu. Ale wszystkie badania i ustalenia tych komisji stwierdzały moje całkowite zdrowie. Grupa lekarzy, głównie psychiatrów i neuropatologów, doszła do jednoznacznego wniosku, że jestem absolutnie zdrowy i nawet nadaję się do zespołu astronautów. Zostałem dopuszczony do dalszego wykonywania zawodu jako dyżurny operacyjny terenowego oddziału milicji. Lekarze orzekli, że jestem zdrów, jednak aż do tej pory wszyscy oni znajdują się w rozterce. Niektórzy z nich mówili, że gdyby osobiście nie stawiali mojej diagnozy, opartej na badaniach, zdjęciach, elektrokardiogramach, to nigdy nikomu nie uwierzyliby, że to mogło się wydarzyć. Bo jakże to możliwe, aby skrzepy krwi w głowie mogły wchłonąć się bez żadnej ingerencji chirurgicznej?! Lekarze wtedy prosili mnie tylko o jedno, abym nigdzie o tym nie opowiadał, ponieważ zostałbym źle zrozumiany. Ale ja wiem, że wszelka nieprawda jest grzechem, bo tak napisano w Słowie Bożym. Powiedziano tam, że udziałem kłamców jest jezioro ogniste i że tacy Królestwa Niebios nie odziedziczą. Powiedziałem lekarzom: — To, że znajduję się teraz tutaj, na ziemi, po wszystkim tym, co mnie spotkało, nie daje mi prawa, by milczeć. W Słowie Bożym powiedziano: jeśli wy będziecie milczeć, to kamienie wołać będą. — Lekarze odpowiedzieli: — No, to twoja sprawa. My o wskrzeszeniu pisać nie będziemy. — Ale kilka lekarzy, którzy badali mnie, leczyli, a potem stwierdzili zgon, upamiętało się. Przyjęli Jezusa Chrystusa do swoich serc. Twierdzę, że Bóg to nie abstrakcja. Jest On osobą, która rozmawiała ze mną. On jest rzeczywisty i niebiosa są rzeczywiste. Jak otrzymać życie wieczne?

LW: Borys, wskrzeszenie, które darował ci Pan, to przypadek unikalny. Poprzez ten cud Pan potwierdził swoje słowa. Stało się to, o czym mówi Biblia. Jezus obiecał: „Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam, kto słucha słowa mego i wierzy temu, który mnie posłał, ma żywot wieczny i nie stanie przed sądem, lecz przeszedł ze śmierci do żywota” (J 5:24). Ty przeszedłeś ze śmierci do życia bez sądu. I teraz tobie, jako temu, który przeszedł tę drogę i powrócił na ziemię po pobycie w niebie, zadaję to pytanie, najważniejsze dla całej ludzkości: Co mamy czynić, aby po śmierci przebywać z Bogiem w życiu wiecznym?

BP: Nie wiem, dlaczego właśnie mnie wybrał Pan w tym celu. Biblia napisana jest dla każdego człowieka. Starałem się postępować według Słowa Bożego. Ja upamiętałem się, to znaczy nawróciłem się o 180 stopni, bo takie jest znaczenie słowa „upamiętanie” w języku greckim. Przyznałem, że jestem grzesznikiem i głęboko żałowałem swoich grzechów. Żałowałem, że żyłem bez Boga, tak jak chciałem. W istocie rzeczy to nie ja tego chciałem, lecz diabeł. Byłem kukiełką w jego rękach i nie przeciwstawiałem mu się, nie wiedząc, że jego celem jest doprowadzenie mnie do zguby, gdyż nienawidzi on człowieka. Bóg bowiem jest naszym Stwórcą i kocha swoje stworzenie. On ma swoje prawa, w myśl których święcie przestrzegane jest suwerenne prawo, dane każdemu człowiekowi, a nam pozostaje tylko skorzystanie z łaski. Przyszedłem do Boga poprzez Jego Syna — Jezusa Chrystusa. Przyjąłem Jego ofiarę na Golgocie osobiście dla siebie, wyznałem moimi ustami Jezusa Chrystusa jako mojego Pana i Zbawiciela, a w moim sercu uwierzyłem, że Bóg wzbudził Go z martwych. Podjąłem mocną decyzję naśladowania Pana. Znalazłem kościół żywego Boga. Tam słucham Jego Słowa, służę Mu i coraz lepiej poznaję naszego Stwórcę. Stałem się nie tylko słuchaczem, lecz także wykonawcą Jego Słowa, dbając o to, aby być godnym Jego miłości i stawiając Boga na pierwszym miejscu w moim życiu. Uważam, że tak powinni postępować wszyscy, którzy pragną mieć błogosławione życie tutaj na ziemi i wieczne życie z Nim po swojej śmierci fizycznej. Tam istnieje realne życie. Ja zetknąłem się z nim. Bóg posłał mnie z powrotem na ziemię, abym potwierdził Jego słowa, zawarte w Biblii. Jestem żywym potwierdzeniem tych słów i wypełniając Boży nakaz opowiadam o tym, co słyszałem i widziałem w niebie. W swoim Słowie — Biblii Bóg przyrzeka nam zbawienie. Mówi On, że każdy, kto wzywa imienia Pańskiego, zbawiony będzie (Rz 10:9–13), że sprawiedliwi wejdą do życia wiecznego (Mt 25:46). „Albowiem tak Bóg umiłował świat, że syna swego jednorodzonego dał, aby każdy, kto weń wierzy, nie zginął, ale miał żywot wieczny” (J 3:16). „Kto wierzy w syna, ma życie wieczne” (J 3:36). W Słowie Bożym jest jeszcze wiele, wiele innych miejsc o życiu wiecznym. Każdy człowiek, który przyjął Jezusa Chrystusa, żyje według Jego Słowa i jest Mu posłuszny, otrzymuje życie wieczne z Bogiem. Niebo i ziemia „przeminą”, ale Słowo Boże nie pozostanie niewypełnione. Tak powiedziano w ewangelii (Mk 5:18). Tak przyrzeka Bóg!

LW: Serdeczne dzięki, Borys, za twoje świadectwo o cudzie, którego dokonał Bóg. Poprzez to świadectwo nasza wiara w Niego zostaje wzmocniona. Na zakończenie wywiadu wyrażam nadzieję, że wielu z tych, którzy zapoznali się ze świadectwem Borysa, przekonało się, iż dla Boga nie ma nic niemożliwego i że On dokonał cudu wskrzeszenia z martwych w naszym czasie.

W kościele „Słowo Życia” są do nabycia kasety audio i wideo z świadectwem Borysa Pilipczuka o jego wskrzeszeniu.

Do ludzi całej Ziemi!

Nasze ziemskie życie jest tylko początkowym odcinkiem wieczności. To, w jaki sposób człowiek wykorzysta ten swój start, określi jego położenie w wieczności. Nikt nie może podjąć decyzji za kogoś innego. Relacja z Bogiem jest sprawą bardzo osobistą. Odpowiedzialność wobec Niego jest osobista. Bóg ustanowił swoje nienaruszalne, sprawiedliwe prawa, które można poznać czytając Jego Słowo — Biblię. Poszukajcie kościoła, gdzie zwiastują żywego Boga, gdzie będziecie mogli poznać Boga, Jego charakter, Jego myśli i Jego zamiary z ludźmi. W większości miast i wiosek na świecie są takie kościoły. Znajdźcie je jak najszybciej i odwiedzajcie je regularnie!

Ukraiński oryginał wywiadu oraz wersje rosyjska i angielska dostępne są w serwisie www.word-of-faith-ch.org
Z rosyjskiego tłumaczył Józef Kajfosz
Korekta specjalistyczna: Dr Jacek Nitecki
 
  Copyright:chcesz skopiować skontaktuj się z autorem  
 
=> Chcesz darmową stronę ? Kliknij tutaj! <=